„Akt zgonu… 16 lipca 1985 na poligonie w Bolesławcu (dokładnie Trzebień Mały) po zajęciach ok. 17:00 poszedł z kolegami popływać. Nagle zaczął tonąć. Mimo, że koledzy próbowali go ratować (jeden nawet chwycił go za rękę), tata się utopił. Wieczorem przyszła burza, więc poszukiwania przerwano. Znaleziono go na drugi dzień (!), po 18 godzinach, ok. godz.11:00. Po maturze tata rozpoczął studia w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie. Tam poznał mamę. We Fregacie – ponoć najmodniejszym wtedy dancingu. W kwietniu 1983 wzięli ślub – w Urzędzie Stanu Cywilnego w Koszalinie. W trakcie szkoły był z kolegami w Górach Stołowych (wojskowy rajd – tak opowiadał taty kolega, z którym niedawno się spotkałam) – w Szczelińcu, Pasterce, Karłowie. Studia ukończył w 1983. Po złożeniu egzaminu dyplomowego w dniu 5 sierpnia 1983 uzyskał tytuł inżyniera-dowódcy w specjalności Wojska Obrony Przeciwlotniczej Rakiety Przeciwlotnicze. 28 sierpnia 1983 został mianowany na stopień podporucznika w korpusie osobowym oficerów rakietowym i artylerii. Od października 1983 pełnił zawodową służbę wojskową w Jednostce Wojskowej 3477 w Lesznie na stanowisku dowódcy plutonu. Tata uwielbiał piłkę nożną, a będąc w Lesznie – żużel. Miał duszę artystyczną – w walizce był notes z wierszami. Pozostały mi po nim jego rękodzieła: namalował obraz – brzozy, zrobił z drewna studzienkę, z muszli, pestek brzoskwiń, nasion lnu – wazon, z zapałek – kościół w ramce, … Bardzo kochał mnie i mamę. Starał się zjeżdżać z poligonów jak tylko mógł. Pociągami przemierzał kilometry… Wspominając tatę podjęłyśmy z mamą ważną decyzję – a mianowicie, że zabierzemy go z Liskowa, gdzie jest pochowany, tu do Leszna. Już czas. Żeby w końcu był przy nas.”